2018 - podsumowanie

Gdybym miała poprzedni rok określić jednym słowem, to najlepiej pasowałoby "frustracja". W podsumowaniu z zeszłego roku cieszyłam się osiągnięciami w sferze prywatnej i samorozwojem, w tym już tak pięknie nie jest. Owszem, pierwsza połowa roku była pod tym względem intensywna - zaliczyłam kilka wyjazdów konferencyjnych, po raz pierwszy ukazał się mój artykuł w czasopiśmie z listy ministerialnej, do tego pierwszy raz pracowałam przy organizacji konferencji, a zmagania z biurokracją uczelni mnie nie pokonały i nawet udało mi się zdobyć dotację celową. Niemniej, to wszystko było działaniem po omacku, z ciągłą niepewnością tego, co dalej. Hucpa z ustawą 2.0 sprawia, że tak naprawdę nikt nic nie wie, docierają do nas sprzeczne informacje, albo bardzo negatywne. Teoretycznie powinnam być na etapie otwierania przewodu doktorskiego, tylko nie wiem jeszcze, czy lepiej zrobić to na zasadach starych czy nowych - właściwych przepisów nie ma, a mi się czas kończy. Kwestia tematu pracy też była wesoła - zaczęłam z zarysem w 2017 roku, pod koniec 2018 trafiałam na mur - co się zaczynał klarować jako całość i omawiałam z promotorem, to nagle pojawiał się ktoś, kto stwierdzał, że no chyba jednak nie. Mam nadzieję, że obecny temat się utrzyma, ale póki nie będzie zatwierdzony przez Radę, póty wolę o nim nawet nie mówić. 

Do tego dochodziła kwestia pracy, która coraz bardziej męczyła, nudziła, irytowała... Wprawdzie zaczynając ją w 2017 roku wiedziałam, że nie będzie szczególnie rozwojowa, ale też nie będzie przeszkadzała mi w doktoracie. Rzeczywistość zweryfikowała - kiedy doktorat wkurza przeciągająca się stagnacją i niepewnością, praca nie wnosi do życia nic, chyba że dodatkowe wkurzenie, a na życie osobiste chwilami brakuje czasu, to tak się długo nie da. Stąd też początek 2019 roku witam zmianą na tym polu. Dalej będę pracować w wydawnictwie, ale już innym, na innym stanowisku, dla odmiany w pełnym wymiarze godzin. Rezygnuję też z korepetycji, więc zniknie wkurzanie się na dzieci. W ogóle mam ochotę na zmiany, żałuję tylko, że w dość niewielu dziedzinach życia mogę je przeprowadzić.

Teoretycznie dałoby się je przeprowadzić na blogu, nawet miałam trochę pomysłów w zeszłym roku. W minionym nie wyszły, nie sądzę, by coś się miało zmienić w bieżącym. Kawiarenka nie jest dla mnie priorytetem, jest dodatkiem do życia i to takim, który mam tendencję spychać na margines, kiedy czasu zaczyna brakować lub zmęczenie jest zbyt duże. Niemniej, w minionym roku była dodatkiem bardzo użytecznym i przyjemnym. To jedyny element mojego życia, co do którego nie trafiałam na mury z serii "nie da się", "musisz", "powinnaś", nikt nie kazał mi czegoś "przemyśleć". Mówiąc krótko - prowadzenie bloga było czymś nadzwyczaj relaksującym. Nawet jeśli jeszcze mam napisane i nieopublikowane recenzje książek przeczytanych w 2017 roku.

Opublikowałam 64 posty z czego 57 to recenzje książek. Ogólnie przeczytanych w tym roku mam 99, ale nie wszystkie trafią na blog z recenzją - niektóre czytałam powtórnie i gdzieś już je recenzowałam, inne to pozycje naukowe, traktaty filozoficzne. Nie chcę ich na blogu, zresztą nie zawsze czuję się na siłach, by je recenzować - wiedza i umiejętności jeszcze nie te. Bardzo mało książek recenzowanych pochodzi z biblioteki, to ciekawostka w stosunku do lat ubiegłych, kiedy dominowały. Teraz większość to albo książki, które kupiłam, albo egzemplarze recenzenckie. Nawet e-booków jest mniej, a ja z Legimi korzystam co kilka miesięcy, by nadrobić to, co chcę przeczytać, ale w bibliotece nie ma, a mi na zakupie nie zależy. 

Posty w tym roku będą się ukazywały, jak będą się ukazywały. Mam w zapasie ponad 40 napisanych, ale często zapominam je publikować. Pewnie pomogłoby ustalenie stałego dnia publikacji lub wpisanie do bullet journala, ale nie chcę tego robić - przeniosłoby mi to blog w sferę kontrolowaną, zaplanowaną, oznaczoną jako "powinnaś", a nie chcę tego. Niech Kawiarenka pozostanie taką odskocznią, jaką jest. Jedyne co chciałabym zmienić, to posty o filmach i serialach - mam kilka napisanych i kiedyś je opublikuję, ale resztę chciałabym przenieść na Facebooka, czasem Instagrama. Powód jest prosty - zwykle mam ochotę napisać kilka słów o tym, co obejrzałam, ale nie tyle, by zrobić z tego wartościowy post na blogu. Nie oznacza to, że tu się w ogóle przestaną pojawiać (coś jak teraz) - pewnie obejrzę coś, o czym będę chciała napisać więcej i wtedy zamieszczę to na blogu. Choćby recenzję wyczekiwanego IX epizodu Gwiezdnych Wojen...

Na blogach ostatnio pojawiają się posty w stylu "Top najlepszych/najgorszych przeczytanych w 2018". Nie planuję takiego - za mało przeczytałam, za małe porównanie. Ale chętnie jeszcze raz Was przestrzegę przed Szmaragdowym wężem i zachęcę do sięgnięcia po Wielki Północny Ocean: Morze.

Właściwie na tym podsumowanie mogę zakończyć. 2018 był jaki był, nie najlepszy, mam nadzieję, że 2019 będzie inny, choć nie mam co do niego wielkich planów.

Komentarze